Archiwum dla Grudzień, 2009

Broń, honor, ojczyzna.

Posted in Broń, Publicystyka tagi , , on Grudzień 21, 2009 by Paweł

Bałem się zawsze nie nabitych karabinów. Rozbijano nimi głowy. Stanisław Jerzy Lec

W połowie 2007 roku Pan Łukasz z Warszawy wystąpił do Komendanta Stołecznego policji o wydanie pozwolenia na broń palną sportową. Pan Łukasz spełniał wymogi ustawowe, tj. nie był karany, jako wieloletni członek Polskiego Związku Strzelectwa Sportowego regularnie brał udział w zawodach strzeleckich. Po 10 miesiącach rozpatrywania sprawy Komendant nie wydał zgody, a decyzję podtrzymał Komendant Wojewódzki, w uzasadnieniu podając niewystarczające osiągnięcia sportowe wnioskującego. Wojewódzki Sad Administracyjny przyznał w końcu rację zawodnikowi, podając w orzeczeniu, że Policja w sposób dowolny oceniła materiał dotyczący jego osiągnięć sportowych. W tym samym czasie Policja  bez przeszkód wydała mu pozwolenie na sześć sztuk broni myśliwskiej. W ciągu roku, komenda stołeczna Policji rozpatrując kilkadziesiąt wniosków o pozwolenie na broń sportową, uwzględniła cztery.

W roku 1933 strzelectwo sportowe w Polsce uprawiało blisko 200 tysięcy ludzi. Obecnie jest to około 16 tysięcy strzelców sportowych. Liczba pozwoleń łącznie na broń sportową, myśliwską i bojową wynosi obecnie 3 na 1000 mieszkańców, z tego ponad 80% pozwoleń na broń myśliwską. W Niemczech na samą broń sportową jest to odpowiednio 18 pozwoleń, w Czechach 30.

Abstrahując już od restrykcyjnego prawa w kwestii posiadania broni przez każdą chętną osobę. Okazuję się, że broń strzelająca do papierowej tarczy, starannie rejestrowana i przyznawana ludziom predysponowanym do tego, która może być przyznana w ramach obowiązującego prawa, nie jest przyznawana jedynie na zasadzie negatywnej uznaniowej decyzji Policji. Wszystko pomimo tego, iż kolejne odwołania do NSA przekreślają jej negatywne decyzje.

Kto wie czy nie większym kuriozum jest sytuacja  entuzjastów historii broni palnej. Sytuacja prawna w naszym kraju nie sprzyja miłośnikom broni historycznej, pomimo tego, iż w 2004 roku, ustawodawstwo umożliwiło swobodne posiadanie dowolnej broni palnej wyprodukowanej przed 1850 rokiem lub też jej współczesnej repliki. Niewątpliwie jest to krok w kierunku mniejszych restrykcji administracyjnych tam gdzie nie są one potrzebne i wyjście naprzeciw oddolnemu renesansowi zainteresowania historią w naszym kraju, historii którą można zobaczyć i dotknąć.

Realia naszego kraju jak zwykle pokazują jednak, że jeżeli prawo zmienić jest trudno, to zmiana mentalności i przekonania o atrybutach nakazowo rozdzielczych właściwych organów administracyjnych bywa prawdziwym wyzwaniem.

Liczne grupy historyczne, które zamierzałyby wiernie odwzorowywać wydarzenia po roku 1850, posługując się choćby i bronią czarno prochową, mozolnie ładowaną odprzodowo, to już niestety potencjalni przestępcy, zbrojne zagrożenie dla mienia, życia, porządku prawnego. Przykładowo uczestników amerykańskiego reenactingu wojny secesyjnej obejrzymy raczej w telewizji lub Internecie, pojawienie się ich w naszym kraju oznaczałoby konfiskatę broni,  kto wie czy nie areszt, wyrok na pewno. Nowożytnym powstańcom styczniowym pozostają kosy, selekcjonowane sztucery lub  broń gładko lufowa, zwykli kolekcjonerzy  broni z drugiej połowy XIX wieku są niestety bez szans.  Ktoś zapyta, czemu alternatywą nie mogą być kije od szczotki, czy mniej lub bardziej udawane imitacje, takie swojego rodzaju pływanie na sucho niewątpliwie zaoferuje pływającym niezapomniane wrażenia i zmobilizuje do jeszcze lepszych wyników. Opisane kwestie to nie są niestety wydarzenia abstrakcyjne, bowiem pierwsze wyroki skazujące na polskich posiadaczy broni czarno prochowej ładowanej odprzodowo już zapadły, kładąc się na życiorysie zwykłych praworządnych obywateli folgującym zainteresowaniom, ciut za bardzo na granicy cienkiej linii prawa.

Co ciekawe, przypadkowa osoba, która posiada legalnie broń historyczną sprzed ustawowej daty 1850, lub nie ma żadnej broni, nie jest w stanie nabyć w sklepie prochu czarnego, nie mając pozwolenia na jakąkolwiek broń! Dlaczego tak jest, jest jedyną w swoim rodzaju zagadką, nijak nie umotywowaną prawnie, zainteresowane sklepy wspominają o nieoficjalnych sugestiach ze strony Policji.

Bez złośliwości warto przytoczyć powtarzalne perypetie z bronią samej Policji, pozostające w jawnym kontraście z  opisanymi przypadkami. Choćby w maju 2009 roku, prokuratura postawiła oskarżenia 17 policjantom i kilku pracownikom cywilnym, w sprawie zniknięcia z policyjnych magazynów co najmniej stu pistoletów i karabinów, 25 tysięcy sztuk amunicji, mundurów oraz sprzętu. Długa lista oskarżeń to m.in. kradzieże, handel bronią, amunicją, kamizelkami kuloodpornymi, korupcję, paserstwo, poświadczenie nieprawdy w dokumentach oraz nielegalne posiadanie broni. Nieco wcześniej 7. listopada 2008 gangster, chcąc zamordować świadka współpracującego z policją, strzelał z broni, która według dokumentów została zezłomowana w 2002 r. w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy.

Opisane przypadki, to zaledwie czubek góry lodowej, olbrzymiego w swoim zakresie zagadnienia jakim jest temat dostępu obywateli do szczególnych rodzajów broni w Polsce. O ile dostępność do broni kompaktowej realnie niebezpiecznej w szerszym w użyciu to kwestia do dyskusji, o tyle niezrozumiały jest restrykcyjny stan prawny pozostający w sprzeczności z rozwiązaniami większości krajów UE, w kwestii broni historycznej czy sportowej, równie groźnej w użyciu co noże kuchenne i sztachety od płotu, tylko znacznie mniej poręcznej.

Polscy kosynierzy, żądni rosyjskich karabinów. Obrazek wyjątkowo aktualny współcześnie.

O nie ujarzmionym kraju, którego nigdy nie było.

Posted in Publicystyka tagi , , on Grudzień 5, 2009 by Paweł

W roku 330 p.n.e. Alexander Macedoński, miał u swych stóp wielkie Imperium Perskie. Ówczesne najpotężniejsze państwo świata, pokonał w błyskotliwej czteroletniej kampanii w szeregu niezwykłych bitew, kiedy to ich powodzenie, życie króla i losy całej kampanii nie raz wydawały się ulotne.

Na wschód, na terenie współczesnego Afganistanu, także Turkmenistanu i Uzbekistanu, leżały rozległe perskie prowincje wschodnie. Tereny podporządkowane przez Persów dwa wieki wcześniej, wciąż słabo scentralizowane z Persją, utrzymywały niezależność i nie zamierzały uznawać kolejnej obcej władzy.

Satrapa Baktrii Bessos, wykorzystując klęskę króla perskiego Dariusza pod Gaugamella, porwał go i zamordował, obwołując się jednocześnie jego następcą na perskim tronie, co było gestem o wiele na wyrost. Alexander nie zamierzał wypuszczać z rąk należnych sobie prowincji, oraz zamierzał pojmać i ukarać królobójcę, którego dziedzictwo i władzę przejął. Nie tracąc zbytnio czasu ruszył na wschód.

Z marszu opanował prowincję Arię, pozostawiając u władzy jej władcę Satibarzanesa, tak jak miał w zwyczaju postępować z władcami podbitymi, którzy przyrzekli mu lojalność. Idąc na Baktrię w kierunku gór, Alexander przekonał się szybko o mentalności tutejszych ludów. Satibarzanes w porozumieniu z Bessosem, zbuntował się. Alexander mając zagrożone tyły musiał zawrócić. Szybko zdobył stolicę (współczesny Herat) i zdławił bunt, po czym opanowawszy dzisiejszy południowy Afganistan ruszył tytanicznym marszem w potężne góry Hindukuszu. Wówczas niepokorny Satibarzanes, który uprzednio umknął, ponownie wzniecił powstanie w Arii. Alexander musiał podzielić siły, sam postanowił iść dalej, część swojej armii ponownie skierował do niepokornej Arii. Mimo forsownego marszu około 40 tysięcznej armii Alexandra przez potężne góry Hindukuszu,  Bessos był szybszy i schronił się na północy w prowincji Sogdiana. Jednocześnie władca Akrii został ostatecznie pokonany i zginął w bitwie.

Alexander koncetrując armię, przeprawił się przez rzekę Oksos. Tam powitał go lokalny władca Spitamenes, bez skrupułów zmienił front, wydając Bessosa w ręce Macedończyków. Ten jako zdrajca i królobójca został osądzony i stracony, a jego ciało sprofanowane ze wschodnimi zwyczajami. Macedończycy zakładali kolejne miasta, umacniając lokalną administrację i garnizony w nieprzyjaznych górskich regionach, nękanych atakami górali i buntami arystokratów. Alexander cały czas reorganizował armię, w miastach osiedlając swych lojalnych weteranów, oraz rekrutując żołnierzy spośród lokalnych ludów.

W międzyczasie Spitamenes władca Sogdiany, poderwał lud do walki z najeźdzcą. Na pomoc oblężonemu górskiemu garnizonowi w stolicy prowincji Maracandzie, Alexander wysłał 2,5 tysiąca greckich najemników, niefortunnie dowodzeni zostali wybici przez powstańców i król musiał wyruszyć na północ osobiście. Dopiero w grudniu 328 p.n.e. po ciężkich walkach Spitamenes został pokonany w bitwie pod Gabai, po czym został zdradzony przez sojuszników,  a jego głowa wysłana Macedończykom. Właśnie w Sogdianii, władca świata Alexander Macedoński zadziwiając towarzyszy, poślubił córkę ledwo lokalnego arystokraty Roksanę. Jakże znaczący gest, poddawany przez historyków w wątpliwość, zjednał sobie lokalne ludy, nie mniej niż garnizony wojska. Podkreślał znaczenie jakie przykładał Alexander Macedoński do trwałego utrzymania wschodnich prowincji i potwierdza wrażenie, jakie wywarła na nim kampania afgańska.

Potęga i siła militarna macedońskiego króla, wrażenie nie wywierała na lokalne ludy. Pozbawieni licznej regularnej armii, unikając walnej bitwy, stosowali inne metody oporu. Wybitnie nieprzyjazne warunki klimatyczne i terenowe, wykorzystywali znakomicie. Wobec obcych byli podstępni i nieprzejednani, bitni i wprawni w niejawnej walce.

Przez stulecia, prawdy te miały się powtarzać. Mimo różnic plemiennych, religijnych, dużej autonomii poszczególnych regionów i słabej władzy centralnej, rzeczą najbardziej jednoczącą ludy Afganistanu, była walka. Walka bardziej przeciwko najeźdźcom, obcej władzy i wpływom, niż walka za  jednością. Dodatkowo integrację kulturową i terytorialną pogłębił Islam. Największe imperia i mocarstwa, zawsze szybciej lub później odchodziły z niczym, jeżeli przychodziły, kontrolowały jedynie fasadę, iluzje władzy i państwa, obojętną dla Afgańczyków. Z hukiem wylecieli nawet Talibowie ze swoim koranicznym emiratem, uważani za pro pakistańskich obcych, zostali wyrzuceni przy pomocy Zachodu, ale rękami Afgańczyków.

Jeżeli dziś kraje zachodnie, na czele ze Stanami Zjednoczonymi, wierzą, że przy pomocy permamentnej wojny zdołają politycznie utrzymać tam jakikolwiek rząd, lub zwalczyć zbrojny opór, to znaczy, że nie odrobiły one lekcji z historii. Nawet jeżeli lokalne plemiona wyrzucą ich rękami Talibów, znaczyć to będzie tyle, że i Talibowie nie zagoszczą tam zbyt długo…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.