Moher, hipermarkety i drzewo.

Posted in Publicystyka tagi , , on Kwiecień 17, 2010 by Paweł

Jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych Thomas Jefferson miał powiedzieć „Aby rosło drzewo wolności, musi być ono od czasu do czasu użyźniane krwią bohaterów oraz krwią tyranów”.  Znał wprawdzie dobrze Tadeusza Kościuszkę, ale nic chyba nie wiedział na temat dotychczasowych losów Rzeczypospolitej, tym bardziej nie mógł znać dziejów przyszłych. Nie wiedzieć czemu, ziemia ta spływa niemal wyłącznie krwią bohaterów, tyranów generalnie brak, a nawet jeżeli jakiś się znalazł, dosięgało go bohaterskie przeznaczenie, bo tyrani od świtu do nocy przez wieki pukali z zewnątrz.

Nadeszła trzecia Rzeczpospolita, niby wolna, niepodległa, nawet oficjalnie gęsto nawiązująca do II RP. Polscy bohaterowie wszak piękni i chwalebni, to okazali się jakby więcej obecni na tabliczkach, znaczkach, w kilka wybranych dni w roku pod Grobem Nieznanego Żołnierza, jakby schowani do szaf, gablot. Nawet te uroczystości jakby uroczyste, ale jakby kostyczne i przymusowe, już nie wspominając o korzeniach politycznych i wartościach osób  tam obecnych i reprezentujących RP. Co dopiero bohaterowie namacalni, widzialni i osiągalni? Oto poupychani na strychach, albo pochowani dla narodu za życia, mimo iż liczni i żyjący.

Jakby mało było zobrzydzenia instytucji państwa w spadku po Polsce ludowej, to naród, szczególnie jego młodsza  część, zachłyśnięta codziennym konsumpcjonizmem, celebro-bohaterami i narkotyzowana faktoidalnym przekazem medialnym, odłożyła patriotyzm na półkę z wazeliną i moherowym beretem. Patriotyzm w odbiorze masowym został sprowadzony do wymachiwania szalikiem przy nielicznych sukcesach polskich sportowców.

Polska coraz zamożniejsza, coraz bardziej kwitnąca, to wyprana z duszy, na przeźroczystych fundamentach. Dokonano pustoszących szkód, niepowetowanych, ale jak się okazało, nie beznadziejnych.

Nie był to człowiek idealny, nie z idealnej partii, nie głoszący idealnych poglądów i miłych dla każdego ucha, nie realizujący idealnej polityki. Nie był idealny ani dla swych politycznych przeciwników, ani dla komentatorów, mediów, ani społeczeństwa. Może o tym zaświadczyć sam autor z powątpiewaniem traktujący niektóre jego decyzje,  w którego godziły bezpośrednio. Nie był idealny, tak jak nie idealna jest Polska. Nie był idealny,  za to stał się idealnym celem…

A jednak ten człowiek miał jeden główny cel i wizję. Nie mógł tworzyć miejsc pracy, nie mógł budować tanich mieszkań, nie mógł bo został Prezydentem. Coś jednak mógł, nagle można było coś czego dotychczas na tym urzędzie nie było można. Począł wietrzyć te zatęchłe gabloty i szafy, wyciągał niczym z kapelusza kolejnych zapomnianych polskich  bohaterów, bo oni wciąż żyli. Nagle okazało się, że polska armia jest na tyle sprawna by była w stanie defilować przed narodem. Okazało się, że wywieszenie flagi przed domem to nie obciach.  Nagle Polska miała swoje polskie zdanie, nagle przestała płynąć z prądem tam gdzie nie było jej po drodze. Aż w końcu okazało się, że prawda o niemych polskich bohaterach woła, by wydobyć ją na wierzch.

Przekonał nawet nieprzekonanych, tych z opozycji, tych z zaciekle wrogiego obozu, tych o zgoła innych wartościach i korzeniach politycznych, o tym świadczy lista ofiar kolejnej tragedii w Katyniu. I na tych niemych ofiarach, które pociągnęły za sobą kolejne stały się obiecywane przez innych cuda. W jakże tragicznych okolicznościach i za jak wielką cenę. Drzewo wolności, jakby przysychało. Teraz  znowu rośnie, znowu podlane krwią bohaterów. W naszych rękach leży, czy w codziennych zmaganiach i zaciętości, znajdziemy czas by pielęgnować to drzewo nadal, by tej najświeższej ofiary nie zmarnować.

Spoczywajcie w pokoju, spoczywaj w pokoju i wierze Panie Prezydencie.

Posted in Publicystyka tagi , , on Kwiecień 12, 2010 by Paweł

Brak wymownych słów na to co stało się dnia 10. kwietnia 2010. Historia Polski powiększyła się o kolejny tragiczny zwrot…Szanujemy ich, podziwiamy ich, pamiętamy o nich. Drobny kamyk pamięci na miarę możliwości. Tylko tyle.

To nie kolejna teoria spisku.

Posted in Publicystyka tagi , , , on Luty 27, 2010 by Paweł

 Świadomość określa się jako odczuwanie własnych procesów myślowych oraz otaczających zjawisk. Ciekawe, że samo pojęcie świadomość wywodzi się łacińskiego “conscientia”, oznaczało wiedzę dzieloną z kimś, często wiedzę tajną, dzieloną między konspiratorami.

Wiedza jako pojęcie uniwersalne, posiada wiele cząstkowych określeń i znaczeń. Klasyczna definicja wiedzy według Platona, mówi iż wiedza to prawdziwe, uzasadnione przekonanie.

Informacja to mniej lub bardziej kompletna znana właściwość obiektów, której istotą jest zmniejszenie niepewności.

W dużym uproszczeniu nasza świadomość ogólna bądź szczegółowa, to nie żaden magiczny pierwiastek zamknięty bezpiecznie w naszej własnej żelaznej szkatule odporny na bombardowanie zewnętrznych przekazów. To jedynie wypadkowa wiedzy, którą posiadamy i informacji, które z dużym prawdopodobieństwem i względną pewnością co do ich prawdziwości filtrujemy mniej lub bardziej świadomie. Ta nasza bezpieczna szkatuła jest więc w rzeczywistości bardziej pordzewiała i dziurawa niż stare rzeszoto.

Wiemy, że Ziemia jako planeta jest okrągła, nawet jeżeli większość z nas nie ma wiedzy ani możliwości by określić to samodzielnie, a już na pewno nie oglądało jej kulistości namacalnie z przestrzeni kosmicznej, przyjmujemy to jako powszechnie uznany pewnik, choć ledwie pięć, sześć wieków wcześniej wiedzę tą posiadały ledwo jednostki, a większość ludzi żyła w nieświadomości lub przekonaniu, że jest ona płaska jak stół. Identycznie, większość z nas nigdy nie była w Stanach Zjednoczonych, a jednak pobieżnie chyba każdy mógłby o tym kraju opowiadać obrazowo i całkiem dużo, nawet nie zdając sobie sprawy jak bardzo będzie daleko od rzeczywistości, co naturalne jeśli nigdy tam nie był.

W Truman Show, wykreowany świat był całkowicie fałszywy, tak dla jego bohatera, który o nim po prostu nie wiedział, jak i dla otaczających aktorów i telewidzów.  Dla telewidzów był on po prostu z różnych powodów atrakcyjny, oglądali to co chcieli oglądać, świat zbliżony do rzeczywistości, podobny do tego który ich otacza, ale szczegółowo ubarwiany i kreowany przez producentów. Czy oglądany, odbierany, postrzegany przez nas Świat wydaje nam się absolutnie prawdziwy i czy słusznie?

Za Wikipedią: Teoria spiskowa – hipoteza postulująca, że grupa ludzi działa świadomie i w utajnieniu dokonuje aktów dążących do uzyskania korzyści własnych lub/oraz na szkodę innych grup. Częstymi przykładami mogą być: dominacja ekonomiczna, polityczna czy też militarna. W dyskusji pojęcie teorii spiskowej jest używane jako figura retoryczna mająca na celu dyskredytowanie opinii nie przystających do naszego światopoglądu. W potocznym mniemaniu argumenty teorii spiskowej bazują na opiniach oraz radykalnych poglądach osób tworzących tego typu hipotezy. Niemniej jednak teorie te budowane na podstawie faktów i w racjonalny sposób argumentujące ich prawdziwość, są bezpodstawnie traktowane przez większą część społeczeństwa jako fikcja. Konsekwencją tego jest często arbitralne, negatywne oraz obarczone błędem wnioskowanie o tej teorii już na wstępie.

Teoria spiskowa to cudowne hasło. Jakiekolwiek nieścisłości, wątpliwości w stosunku do określonych wydarzeń obarczone etykietą teorii spiskowej, już na samym wstępie tracą w swym szerszym odbiorze racjonalność i powagę, podążając ku skojarzeniom z wątpliwościami śmierci Elvisa Presleya, ku miejscowości Roswell, doniesieniami odnośnie niezidentyfikowanych obiektów latających i łopocząca amerykańską flagą na księżycu. Obdarzyć dane wydarzenie, mianem teorii spiskowej, znaczy paradoksalnie coraz częściej – dodać mu autentyczności, spłaszczyć postrzeganie szczegółów, natomiast wyostrzyć powielany przekaz ogólny.

Na początku lat osiemdziesiątych na środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych zaobserwowano pojawianie się  niezidentyfikowanych obiektów latających. Szybko zjawisko ufo, a raczej jego odbiór społeczny i medialny, przybrało niebotyczne rozmiary. Początkowo od relacji odnośnie nadzwyczajnych statków powietrznych o niespotykanych kształtach spodka, trójkąta i właściwościach przemieszczania się nietypowych dla zwykłych samolotów. Potem było już z górki, relacje odnośnie zielonych ludzików, porwań, bliskich kontaktów, implantów, pielgrzymki łowców ufo, apogeum stanowiło zainteresowanie Hoolywood i filmy takie jak „ET” czy „Bliskie spotkanie trzeciego stopnia”.

F-117 Nighthawk to amerykański odrzutowy samolot bombowy wykonany w technologii stealth wyprodukowany pod koniec lat siedemdziesiątych, oblatany w roku 1981. Konstrukcja wykonana w technologii „latającego skrzydła” zapewnia mu efekt zmniejszonej wykrywalności przez radary, wizualnie daje mu ona nawet na dzień dzisiejszy, specyficzny futurystyczny wygląd rodem z filmów science –fiction. Dopiero w 1988 UASF przyznał się do jego posiadania, publikując kilka niewyraźnych zdjęć. Czyli przez prawie osiem lat, w okresie zimnej wojny, był to samolot ściśle tajny, o ile coś wielkiego co lata i robi dużo huku, może pozostać tajne. Okazuje się, że może, choćby dzięki zielonym ludzikom i latającym spodkom, ale są to fakty dla niszowych pism sensacyjnych, nikt poważny nie potraktuje ich poważnie…

11. września 2001 o godzinie 8.42 Lot 93 United Airlines, startuje z 37 pasażerami i 7 członkami załogi z Newark International Airport w Newark w stanie New Jersey, w kierunku San Francisco International Airport w San Francisco.  Boeing 757 startuje z 40-minutowym opóźnieniem spowodowanym zatłoczeniem pasów startowych.

O godzinie 9.28 trzech z czterech spośród porywaczy rozpoczyna opanowanie samolotu. Wiedzę o tym co działo się dalej na pokładzie samolotu, odwzorowano na podstawie ujawnionych zapisów rozmów z kokpitu odbieranych przez naziemną kontrolę lotów (porywacze nie wyłączyli łączności z ziemią), oraz zapisów z kabiny zachowanych dzięki czarnej skrzynce. Kolejne źródła to zarejestrowane rozmowy telefoniczne pasażerów i członków załogi do rodzin i władz. Szczegółowy opis prawdopodobnego przebiegu wydarzeń na pokładzie samolotu, wraz ze źródłami można znaleźć w internecie. Według nagrań, zamachowcy sugerując, że mają przy sobie bombę, zabili wpierw jednego z pasażerów, następnie dzięki zastraszeniu stewardessy dostali się do kokpitu, gdzie zabili obu pilotów oraz stewardessę. Za sterami zasiadł czwarty z porywaczy Ziad Jarrah, wyłączył transponder, zmieniając kierunek lotu w kierunku wschodnim.

Przestrzeń powietrzna USA patrolowana jest przez utrzymywane bez przerwy w powietrzu samoloty siedmiu wojskowych jednostek NORADu. Samoloty NORADu są w stanie dotrzeć do każdego zakątka Stanów Zjednoczonych w ciągu najwyżej 10 minut. Szczególnie chroniony jest północno-wschodni pas przestrzeni powietrznej USA, który stanowi najbardziej ruchliwe miejsce na kuli ziemskiej. W przeszłości, utrata sygnału czy też jakiejkolwiek łączności z samolotem, pociągała natychmiastowe powiadomienie NORADu, który kierował ku niemu patrolujące non-stop amerykańską przestrzeń powietrzną wojskowe myśliwce.  Obrona powietrzna USA tego dnia stanowi ciekawy odrębny temat, opisany dość szeroko i łatwy do odnalezienia.

Porywacze lotu 93. zamknęli się w kokpicie, pozostawiając pasażerów samych. Pomiędzy 9.30, a 9:55 wykonali oni dość swobodnie wiele rozmów telefonicznych, przekazali w nich sporo informacji o sytuacji w samolocie, oraz dowiedzieli się o wydarzeniach na Manhattanie. Kilku z pasażerów, świadomych samobójczego lotu, w rozmowach wyjawia zamiar zaatakowania porywaczy.

O 9:57 pasażerowie kierują się przez przedział pierwszej klasy w stronę kokpitu. Pilotujący samolot rozpoczyna kilka serii nerwowych manewrów na boki, a później w dół i górę w celu wytrącenia pasażerów z równowagi. Pomimo tego pasażerowie nie rezygnują, by dostać się do kokpitu. Porywacze cały czas głośno dyskutują. Godzina 10:00 Jarrah pyta jednego z kompanów: -Czy to już? Mam to kończyć? – Nie jeszcze nie, skończymy jak tu wejdą. Kilkanaście sekund później słychać głos jednego z pasażerów: – Kokpit! Jak się nie uda zginiemy! Po kolejnych kilkunastu sekundach: -Uderzamy! Pasażerowie próbują wyważyć drzwi kabiny pilotów.

Godzina 10:02:23 Słychać ostatnie nerwowe okrzyki porywaczy (-Kończymy? Mam go rozbić? –Tak, rozbijaj, rozbijaj!). Odczyty wykazują silny ruch wolantu na prawo, samolot przewraca się na plecy, jeden z porywaczy wykrzykuje –Allach jest wielki…

Podaje się, że zgodnie z ostatnim zapisem danych przez czarną skrzynkę o godzinie 10:03:10 samolot ulega katastrofie w okolicach Stonycreek Township w Pensylwanii.

Wcześniej o godzinie 8.40 FAA (Federalna Agencja Lotnictwa) powiadamia NORAD (Dowództwo Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej), o porwaniu lotu 11, natomiast o godzinie 8.43 o porwaniu lotu 175, o 9.24 obie agencje ustanawiają gorącą linię aby rozpatrzyć przypadki lotu 77, wkrótce potem lotu 93.

O 8:46 porwany lot 11 rozbił się o północną wieżę WTC. O 9:03 porwany lot 175 rozbija się o południową wieżę WTC. O 9:37 porwany lot 77 rozbija się o zachodnie skrzydło Pentagonu. Pokazuje to, drastyczną różnicę między założeniami wiążącymi NORAD, a jego efektywnością zarówno w wykrywaniu jak i przechwytywaniu samolotów.

Małe fragmenty Boeinga lotu 93 znaleziono ponad 10 km od miejsca upadku, jeden z silników kilkaset metrów od miejsca katastrofy. Oficjalne zeznania świadków pochodzące ze śledztwa, mówią o obecności w pobliżu małego odrzutowca, oraz odgłosach eksplozji jeszcze przed upadkiem samolotu. Już po rozpoczęciu buntu, jeden z pasażerów w rozmowie telefonicznej mówi o eksplozji i dymie na pokładzie. Z innego równoległego połączenia z samolotu daje się słyszeć jakby silny wiatr. Samolot spada w pozycji odwróconej i uderza w ziemię pod bardzo wysokim kątem, niczym bez ciągu silników. Odczyty sejsmiczne najbliższych stacji jako godzinę uderzenia wskazały godzinę 10:06:05 z dokładnością do 5 sekund. 10:06 podaje wieża kontroli lotów w Clevland jako godzinę utraty samolotu na radarze. Tą samą godzinę podawano oficjalnie przez kilka dni po katastrofie, co zresztą odnotowały media. Gdzie więc są trzy minuty między upadkiem, a ujawnionym zapisem czarnych skrzynek?

Mniej więcej w tym samym czasie, podaje się, że około godziny 10:00, wiceprezydent Dick Cheney jest informowany, że jeden z porwanych samolotów kieruję się na Waszyngton, myśliwce otrzymują rozkaz by strzelać. Później podaje się, że chodziło o lot 77 American Airlines, który uderzył już wcześniej w Pentagon, a NORAD zwyczajnie się pomylił.

Jakieś pół godziny później Cheney w rozmowie z sekretarzem Obrony Rumsfeldem informuję go, że wydał lotnictwu rozkaz strzelania do porwanych samolotów. (Trudne do uwierzenia wydaje się, że rozkaz ten padł tak późno, choć tłumaczyłoby to w jakiś sposób nieporadność sił lotniczych względem pozostałych samolotów, nieporadność bojową, ale nie ich nieobecność. Znalazłem informację, że Bush, który jak wiadomo jeszcze do około 9:15 czytał dzieciom bajki o kózce, wydał ten rozkaz niezależnie, jeszcze przed Cheneyem.)

Cheney: – Trzykrotnie odebraliśmy raporty, że samoloty lecą na Waszyngton. Kilka z nich uznaliśmy za porwane. Zgodnie z instrukcjami prezydenta wydałem rozkaz, by je strącono.
Rumsfeld: – Tak, rozumiem. A komu bezpośrednio wydałeś ten rozkaz?
Cheney: – Przekazano go stąd, ze schronu, przez centrum operacyjne Białego Domu.
Rumsfeld: – OK. Ale mogę spytać, czy ten rozkaz został przekazany myśliwcom?
Cheney: – Tak.
Rumsfeld: – Czyli mamy teraz w górze kilka samolotów, które znają ten rozkaz?
Cheney: – Zgadza się. I jak rozumiem, one już zestrzeliły kilka samolotów.
Rumsfeld: – Na to nie mamy potwierdzenia. Słyszeliśmy, że jeden samolot spadł, ale żaden z naszych pilotów jeszcze nie zameldował o zestrzeleniu

Około 11:15 Doniesienia, o zestrzeleniu jakiegoś obiektu w okolicach Waszyngtonu przez samoloty F15. Nie potwierdzono ich później.

Jeżeli pewne teorię zarzucają amerykańskiej obronie powietrznej nieudolność na granicy celowego wyrafinowania wyliczając kolejno z jak niską prędkością musiałyby lecieć dane myśliwce aby nie przechwycić lotów 11, 175 i 77, a następnie wskazują, że lot 93 nie rozbił się samodzielnie, ale został absolutnie zestrzelony, to ja nie znajduję w tych teoriach krzty logiki.

W co jednak chcemy wierzyć? W heroiczne historie, w które tak łatwo irracjonalnie jesteśmy w stanie uwierzyć bo przecież widzieliśmy je wielokrotnie….na ekranach kinowych. Czy może w twardą rzeczywistość fanatycznych terrorystów, rozbijających sterroryzowane samoloty o budynki wypełnione tysiącami ludzi. Czy ponad godzinę po pierwszym zamachu, już po trzech uderzeniach samolotów, po zawaleniu się jednej z wież, amerykańska obrona powietrzna  i amerykańskie władze mogły sobie pozwolić na nie strzelanie do lotu 93? Był on do osiągnięcia dla samolotów strzegących już w tym czasie przestrzeń nad Waszyngtonem, (które nie zdążyły wcześniej przechwycić lotu 77) w czasie grubo poniżej 10 minut.

O zestrzeleniu lotu 93 początkowo byli przekonani sam Cheney, niektórzy z amerykańskich pilotów (np. Major Daniel Nash), Bush na wieść o katastrofie lotu 93 pytał “Czy zestrzeliliśmy ten samolot czy sam się rozbił?”. Czy aby dnia 11. września nad niewielkim miasteczkiem w Pensylwanii w przeciągu kilku minut, nie skrzyżował się heroizm zwykłych Amerykanów, fanatyzm islamskich bojowników i poczucie służby nieznanego pilota myśliwskiego broniącego przecież ojczyzny?

Pasażerowie lotu 93 mieli wyjątkowego pecha. Ich tragedia miała miejsce 11. września 2001 i nie była tragedią pojedynczą, ale jedną z wielu. Był to jeden z czterech uprowadzonych i rozbitych tego dnia samolotów. Już samo tło katastrofy lotu 93 stanowi, że prawda o niej nie jest nikomu obojętna. Ciężko przygotować spisek na miarę 11. września, ale czy ciężko zmienić jedynie kilka niewygodnych faktów odnośnie strzelania do własnego samolotu i obywateli, zasłaniając cały ciąg nielogicznych zdarzeń jedynie powszechnym chaosem i bałaganem? Nawet jeżeli mogła to być decyzja niezwykle bolesna, niezaleznie od wyboru tylko zła,  to w danej chwili całkowicie rozsądna i zrozumiała, choć po ostudzeniu emocji z całą pewnością bardzo kosztowna politycznie.

Miejsce katastrofy Boeinga United Airlines lot 93 nieopodal Stonycreek Township w Pennsylvanii.

1. Independent Polish Parachute Brigade. First to Fight.

Posted in Bitwy i Kampanie tagi , , , on Luty 11, 2010 by Paweł

Mój drugi film popełniony na Youtube. Tym razem o zasłużonych polskich wojownikach i ich zapomnianym przez lata dowódcy.

Broń, honor, ojczyzna.

Posted in Broń, Publicystyka tagi , , on Grudzień 21, 2009 by Paweł

Bałem się zawsze nie nabitych karabinów. Rozbijano nimi głowy. Stanisław Jerzy Lec

W połowie 2007 roku Pan Łukasz z Warszawy wystąpił do Komendanta Stołecznego policji o wydanie pozwolenia na broń palną sportową. Pan Łukasz spełniał wymogi ustawowe, tj. nie był karany, jako wieloletni członek Polskiego Związku Strzelectwa Sportowego regularnie brał udział w zawodach strzeleckich. Po 10 miesiącach rozpatrywania sprawy Komendant nie wydał zgody, a decyzję podtrzymał Komendant Wojewódzki, w uzasadnieniu podając niewystarczające osiągnięcia sportowe wnioskującego. Wojewódzki Sad Administracyjny przyznał w końcu rację zawodnikowi, podając w orzeczeniu, że Policja w sposób dowolny oceniła materiał dotyczący jego osiągnięć sportowych. W tym samym czasie Policja  bez przeszkód wydała mu pozwolenie na sześć sztuk broni myśliwskiej. W ciągu roku, komenda stołeczna Policji rozpatrując kilkadziesiąt wniosków o pozwolenie na broń sportową, uwzględniła cztery.

W roku 1933 strzelectwo sportowe w Polsce uprawiało blisko 200 tysięcy ludzi. Obecnie jest to około 16 tysięcy strzelców sportowych. Liczba pozwoleń łącznie na broń sportową, myśliwską i bojową wynosi obecnie 3 na 1000 mieszkańców, z tego ponad 80% pozwoleń na broń myśliwską. W Niemczech na samą broń sportową jest to odpowiednio 18 pozwoleń, w Czechach 30.

Abstrahując już od restrykcyjnego prawa w kwestii posiadania broni przez każdą chętną osobę. Okazuję się, że broń strzelająca do papierowej tarczy, starannie rejestrowana i przyznawana ludziom predysponowanym do tego, która może być przyznana w ramach obowiązującego prawa, nie jest przyznawana jedynie na zasadzie negatywnej uznaniowej decyzji Policji. Wszystko pomimo tego, iż kolejne odwołania do NSA przekreślają jej negatywne decyzje.

Kto wie czy nie większym kuriozum jest sytuacja  entuzjastów historii broni palnej. Sytuacja prawna w naszym kraju nie sprzyja miłośnikom broni historycznej, pomimo tego, iż w 2004 roku, ustawodawstwo umożliwiło swobodne posiadanie dowolnej broni palnej wyprodukowanej przed 1850 rokiem lub też jej współczesnej repliki. Niewątpliwie jest to krok w kierunku mniejszych restrykcji administracyjnych tam gdzie nie są one potrzebne i wyjście naprzeciw oddolnemu renesansowi zainteresowania historią w naszym kraju, historii którą można zobaczyć i dotknąć.

Realia naszego kraju jak zwykle pokazują jednak, że jeżeli prawo zmienić jest trudno, to zmiana mentalności i przekonania o atrybutach nakazowo rozdzielczych właściwych organów administracyjnych bywa prawdziwym wyzwaniem.

Liczne grupy historyczne, które zamierzałyby wiernie odwzorowywać wydarzenia po roku 1850, posługując się choćby i bronią czarno prochową, mozolnie ładowaną odprzodowo, to już niestety potencjalni przestępcy, zbrojne zagrożenie dla mienia, życia, porządku prawnego. Przykładowo uczestników amerykańskiego reenactingu wojny secesyjnej obejrzymy raczej w telewizji lub Internecie, pojawienie się ich w naszym kraju oznaczałoby konfiskatę broni,  kto wie czy nie areszt, wyrok na pewno. Nowożytnym powstańcom styczniowym pozostają kosy, selekcjonowane sztucery lub  broń gładko lufowa, zwykli kolekcjonerzy  broni z drugiej połowy XIX wieku są niestety bez szans.  Ktoś zapyta, czemu alternatywą nie mogą być kije od szczotki, czy mniej lub bardziej udawane imitacje, takie swojego rodzaju pływanie na sucho niewątpliwie zaoferuje pływającym niezapomniane wrażenia i zmobilizuje do jeszcze lepszych wyników. Opisane kwestie to nie są niestety wydarzenia abstrakcyjne, bowiem pierwsze wyroki skazujące na polskich posiadaczy broni czarno prochowej ładowanej odprzodowo już zapadły, kładąc się na życiorysie zwykłych praworządnych obywateli folgującym zainteresowaniom, ciut za bardzo na granicy cienkiej linii prawa.

Co ciekawe, przypadkowa osoba, która posiada legalnie broń historyczną sprzed ustawowej daty 1850, lub nie ma żadnej broni, nie jest w stanie nabyć w sklepie prochu czarnego, nie mając pozwolenia na jakąkolwiek broń! Dlaczego tak jest, jest jedyną w swoim rodzaju zagadką, nijak nie umotywowaną prawnie, zainteresowane sklepy wspominają o nieoficjalnych sugestiach ze strony Policji.

Bez złośliwości warto przytoczyć powtarzalne perypetie z bronią samej Policji, pozostające w jawnym kontraście z  opisanymi przypadkami. Choćby w maju 2009 roku, prokuratura postawiła oskarżenia 17 policjantom i kilku pracownikom cywilnym, w sprawie zniknięcia z policyjnych magazynów co najmniej stu pistoletów i karabinów, 25 tysięcy sztuk amunicji, mundurów oraz sprzętu. Długa lista oskarżeń to m.in. kradzieże, handel bronią, amunicją, kamizelkami kuloodpornymi, korupcję, paserstwo, poświadczenie nieprawdy w dokumentach oraz nielegalne posiadanie broni. Nieco wcześniej 7. listopada 2008 gangster, chcąc zamordować świadka współpracującego z policją, strzelał z broni, która według dokumentów została zezłomowana w 2002 r. w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy.

Opisane przypadki, to zaledwie czubek góry lodowej, olbrzymiego w swoim zakresie zagadnienia jakim jest temat dostępu obywateli do szczególnych rodzajów broni w Polsce. O ile dostępność do broni kompaktowej realnie niebezpiecznej w szerszym w użyciu to kwestia do dyskusji, o tyle niezrozumiały jest restrykcyjny stan prawny pozostający w sprzeczności z rozwiązaniami większości krajów UE, w kwestii broni historycznej czy sportowej, równie groźnej w użyciu co noże kuchenne i sztachety od płotu, tylko znacznie mniej poręcznej.

Polscy kosynierzy, żądni rosyjskich karabinów. Obrazek wyjątkowo aktualny współcześnie.

O nie ujarzmionym kraju, którego nigdy nie było.

Posted in Publicystyka tagi , , on Grudzień 5, 2009 by Paweł

W roku 330 p.n.e. Alexander Macedoński, miał u swych stóp wielkie Imperium Perskie. Ówczesne najpotężniejsze państwo świata, pokonał w błyskotliwej czteroletniej kampanii w szeregu niezwykłych bitew, kiedy to ich powodzenie, życie króla i losy całej kampanii nie raz wydawały się ulotne.

Na wschód, na terenie współczesnego Afganistanu, także Turkmenistanu i Uzbekistanu, leżały rozległe perskie prowincje wschodnie. Tereny podporządkowane przez Persów dwa wieki wcześniej, wciąż słabo scentralizowane z Persją, utrzymywały niezależność i nie zamierzały uznawać kolejnej obcej władzy.

Satrapa Baktrii Bessos, wykorzystując klęskę króla perskiego Dariusza pod Gaugamella, porwał go i zamordował, obwołując się jednocześnie jego następcą na perskim tronie, co było gestem o wiele na wyrost. Alexander nie zamierzał wypuszczać z rąk należnych sobie prowincji, oraz zamierzał pojmać i ukarać królobójcę, którego dziedzictwo i władzę przejął. Nie tracąc zbytnio czasu ruszył na wschód.

Z marszu opanował prowincję Arię, pozostawiając u władzy jej władcę Satibarzanesa, tak jak miał w zwyczaju postępować z władcami podbitymi, którzy przyrzekli mu lojalność. Idąc na Baktrię w kierunku gór, Alexander przekonał się szybko o mentalności tutejszych ludów. Satibarzanes w porozumieniu z Bessosem, zbuntował się. Alexander mając zagrożone tyły musiał zawrócić. Szybko zdobył stolicę (współczesny Herat) i zdławił bunt, po czym opanowawszy dzisiejszy południowy Afganistan ruszył tytanicznym marszem w potężne góry Hindukuszu. Wówczas niepokorny Satibarzanes, który uprzednio umknął, ponownie wzniecił powstanie w Arii. Alexander musiał podzielić siły, sam postanowił iść dalej, część swojej armii ponownie skierował do niepokornej Arii. Mimo forsownego marszu około 40 tysięcznej armii Alexandra przez potężne góry Hindukuszu,  Bessos był szybszy i schronił się na północy w prowincji Sogdiana. Jednocześnie władca Akrii został ostatecznie pokonany i zginął w bitwie.

Alexander koncetrując armię, przeprawił się przez rzekę Oksos. Tam powitał go lokalny władca Spitamenes, bez skrupułów zmienił front, wydając Bessosa w ręce Macedończyków. Ten jako zdrajca i królobójca został osądzony i stracony, a jego ciało sprofanowane ze wschodnimi zwyczajami. Macedończycy zakładali kolejne miasta, umacniając lokalną administrację i garnizony w nieprzyjaznych górskich regionach, nękanych atakami górali i buntami arystokratów. Alexander cały czas reorganizował armię, w miastach osiedlając swych lojalnych weteranów, oraz rekrutując żołnierzy spośród lokalnych ludów.

W międzyczasie Spitamenes władca Sogdiany, poderwał lud do walki z najeźdzcą. Na pomoc oblężonemu górskiemu garnizonowi w stolicy prowincji Maracandzie, Alexander wysłał 2,5 tysiąca greckich najemników, niefortunnie dowodzeni zostali wybici przez powstańców i król musiał wyruszyć na północ osobiście. Dopiero w grudniu 328 p.n.e. po ciężkich walkach Spitamenes został pokonany w bitwie pod Gabai, po czym został zdradzony przez sojuszników,  a jego głowa wysłana Macedończykom. Właśnie w Sogdianii, władca świata Alexander Macedoński zadziwiając towarzyszy, poślubił córkę ledwo lokalnego arystokraty Roksanę. Jakże znaczący gest, poddawany przez historyków w wątpliwość, zjednał sobie lokalne ludy, nie mniej niż garnizony wojska. Podkreślał znaczenie jakie przykładał Alexander Macedoński do trwałego utrzymania wschodnich prowincji i potwierdza wrażenie, jakie wywarła na nim kampania afgańska.

Potęga i siła militarna macedońskiego króla, wrażenie nie wywierała na lokalne ludy. Pozbawieni licznej regularnej armii, unikając walnej bitwy, stosowali inne metody oporu. Wybitnie nieprzyjazne warunki klimatyczne i terenowe, wykorzystywali znakomicie. Wobec obcych byli podstępni i nieprzejednani, bitni i wprawni w niejawnej walce.

Przez stulecia, prawdy te miały się powtarzać. Mimo różnic plemiennych, religijnych, dużej autonomii poszczególnych regionów i słabej władzy centralnej, rzeczą najbardziej jednoczącą ludy Afganistanu, była walka. Walka bardziej przeciwko najeźdźcom, obcej władzy i wpływom, niż walka za  jednością. Dodatkowo integrację kulturową i terytorialną pogłębił Islam. Największe imperia i mocarstwa, zawsze szybciej lub później odchodziły z niczym, jeżeli przychodziły, kontrolowały jedynie fasadę, iluzje władzy i państwa, obojętną dla Afgańczyków. Z hukiem wylecieli nawet Talibowie ze swoim koranicznym emiratem, uważani za pro pakistańskich obcych, zostali wyrzuceni przy pomocy Zachodu, ale rękami Afgańczyków.

Jeżeli dziś kraje zachodnie, na czele ze Stanami Zjednoczonymi, wierzą, że przy pomocy permamentnej wojny zdołają politycznie utrzymać tam jakikolwiek rząd, lub zwalczyć zbrojny opór, to znaczy, że nie odrobiły one lekcji z historii. Nawet jeżeli lokalne plemiona wyrzucą ich rękami Talibów, znaczyć to będzie tyle, że i Talibowie nie zagoszczą tam zbyt długo…

Oskarżony John Demianiuk.

Posted in Publicystyka tagi , , on Listopad 30, 2009 by Paweł

30 listopada świat obiegła wiadomość: przed sądem w Monachium rozpoczął się proces Iwana Demianiuka. I fakt ten póki co wydaje się w medialnym natłoku jak dotąd najpewniejszy. Dalszy ciąg medialnych doniesień wydaje się już diametrialnie różnić, chciałoby się wierzyć, że jedynie w zależności od zwyczajnej pośpiesznej dziennikarskiej ignorancji. I tak w niemieckich mediach padły ponownie skróty myślowe o służbie Demianiuka w „polskich obozach śmierci”. Jedna z organizacji żydowskich na swojej stronie internetowej, bez wątpliwości podaje, że Demianiuk z Sobiboru to jednocześnie „Ivan Grozny”, osławiony kat i operator komór gazowych w Treblince, pomimo tego, że w roku 1993 izraelski sąd najwyższy jednoznacznie stwierdził, że to dwie zupełnie inne osoby i uwolnił Demianiuka od zasądzonego wcześniej stryczka. Jako powód oskarżenia, podaje się morderstwo, udział, współudział, liczbę ofiar określono wątpliwie precyzyjnie – 27.900 Żydów, sam akt zbrodnii określając enigmatycznie, że „prowadził do komór gazowych”. Proces ma być poszlakowy, podaje się że świadkowie już nie żyją, siłą oskarżenia ma być liczna grupa oskarżycieli posiłkowych – krewnych ofiar, jako główny dowód wymienia się – aż głupio przytaczać – legitymację przynależności do SS.

Dlaczego warto wspomnieć o tym wszystkim, zamiast  napisać po prostu: Demianiuk stanie przed sądem w Monachium oskarżony  o to, że w czasie drugiej wojny światowej służył w załogach niemieckich obozów śmierci, a konkretnie o współudział w mordzie 28 tysięcy osadzonych.

Bez wglądu w akta i na podstawie mediów nie ma nawet co wstępnie wyrokować, wydaje się, że tak poważnych oskarżeń wobec słabych dowodów, żaden sąd nie potraktuje chyba poważnie. Tak czy inaczej wyrok wyda sąd i mało warty wspomnienia jest fakt, że oskarżony może nie dożyć. Oby tylko nie okazało się, że Demianiuk zostanie skazany za to, że był w SS, służył w nie wiadomo którym obozie i nie wiadomo co tam robił, niemniej zbrodnie popełniono, a akurat on jest pod ręką. Przekaz i odbiór medialny natomiast już zawyrokował, chyba nie o taką sprawiedliwość chodzi.

Nie jest moją intencją, użalać się nad losem byłego SS-mana, wręcz przeciwnie. Gorzką sprawiedliwością wydaje się fakt, że dopiero po 65 latach szuka się sprawiedliwości tam, gdzie były ku temu możliwości  już po wojnie i dekada po dekadzie później, gdzie żywe dowody czyli nielicznie ocaleni świadkowie wciąż żyli. A trzeba pamiętać, że Holocaust i przemysł zagłady były świetnie i doskonale wręcz słabo udokumentowane w formie papierowej. Żelazna kurtyna i zimna wojna, zdawała się pokrywać rdzą i lodem sprawiedliwość po jej zachodniej stronie, wróg i zagrożenie było tu i teraz, przeszłe zbrodnie i zbrodniarze wydawały się już mniej ważne.

Nie licząc Norymbergi, procesów około norymberskich i pojedynczych epizodów sądowych, niemieccy i nazistowscy zbrodniarze byli wypuszczani lub przepuszczani przez palce właściwych służb alianckich tak okupacyjnych jak i późniejszych śledczo-sądowych, jeżeli skazywani na więzienie to na krótko. Tuż po wojnie w zachodnich strefach okupacyjnych osądzono łącznie 5025 osób; z 806 skazanych na śmierć stracono 486. W radzieckiej strefie okupacyjnej  liczbę procesów ocenia się na 45.000. W innych krajach osądzono za zbrodnie wojenne do 60000 nazistów. W samej Polsce stracono 1214 Niemców.

15 maja 1947 roku urzędnik amerykańskich służb bezpieczeństwa Vincent La Vista w ściśle tajnym raporcie informował Waszyngton, że Watykan jest „największą pojedynczą organizacją uwikłaną w nielegalną emigrację”, pomaga bowiem ludziom bez względu na ich przekonania polityczne „ o ile tylko są oni antykomunistami i wyznania katolickiego”.

Franz Stangl będący komendantem obozów w Sobiborze i Treblince gdzie zamordowano 900.000 ludzi, wspominał ciepło nieocenioną pomoc austriackiego biskupa Aloisa Hudala w Watykanie, dzięki któremu zbiegł przez Syrię do Brazylii. Za sprawą biskupa z Papieskiej Komisji Niesienia Pomocy, losy Stangla podzieliło wielu mniejszych i większych zbrodniarzy. Nieoceniona była rola Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, który wespół z Watykanem, subsydiowany przez organizacje katolickie spławiał z Włoch do Ameryki Południowej kolejnych nazistów.

W liście do przywódcy Argentyny Perona, Biskup Hudal zwraca się z prośbą o 5 tysięcy wiz dla niemieckich i austriackich żołnierzy, zdaniem biskupa nie uciekinierów, ale bojowników antykomunistycznych, których ofiarność podczas wojny ocaliła Europę przed sowiecką hegemonią. Kutschmann, Eichmann, Rauff, Priebke, wszystkich ich łączy nie tylko ofiarna misja w czasie wojny, ale to że gościli ich zakonnicy dopóki Komisja Papieska Hudala nie doprowadziła do ich szczęśliwego wyjazdu, zresztą sam duchowny piszę o tym z dumą w swoich pamiętnikach.

As lotnictwa Hans-Ulrich Rudel pisał z Argentyny pełen wdzięczności: „Byli tacy, którzy w przebraniu zakonnym wędrowali przez Alpy od klasztoru do klasztoru. Ludzie mają różny stosunek do katolicyzmu. Ale to co w tych latach uczynił Kościół, a zwłaszcza co uczyniły pewne wybitne jednostki spośród hierarchów kościelnych, ratując przed pewną śmiercią wartościową część naszego narodu, nie może pójść w zapomnienie”.

Skuteczność kościoła w szmuglowaniu ludzi była tak wielka, że korzystał z niej amerykański wywiad. Ten mógł się poszczycić równie okazałymi nazwiskami, wyekspediował do Boliwii m.in. szefa gestapo w Lyonie Klausa Barbiego. Od 1998 roku CIA, udostępnia swoje akta na temat przestępców wojennych. Okazało się, że wywiad utrzymywał po wojnie kontakt z wieloma niemieckimi oprawcami, którzy poszukiwani po prostu zniknęli, w tym szefem gestapo Heinrichem Mullerem.

Tak daleko od kraju uciekali ważni. Ci mniej ważni także, ale oni nie musieli uciekać, bo nikt ich nie ścigał. Większość szeregowych SS-manów, w tym z obozowych załóg spokojnie dożyło lub dożywa swych dni, w samych Niemczech lub za granicą.

Kiedy więc dziś w Monachium, miejscu gdzie rodził się niemiecki narodowy socjalizm, sądzi się bezpaństwowca ukraińskiego pochodzenia, oskarżanego o to że był szeregowym strażnikiem w niemieckim nazistowskim obozie zagłady, warto się nad tym zastanowić.

Od lewej: Richard Bär, ostatni komendant Auschwitz I, aresztowany w 1960 w Niemczech, zmarł w areszcie w 1963. Josef Mengele, “lekarz” z Auschwitz, zmarł w Brazylii w 1979. Josef Kramer od maja do grudnia 1944 komendant Birkenau, powieszony w grudniu 1945 za zbrodnie w Bergen – Belsen. Rudolf Höss, pierwszy komendant Auschwitz, skazany na śmierć, powieszony w 1947 przed komendaturą obozu w Oświęcimiu.
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.